Rzemiosło przekazywane z ojca na syna
Twórczość Eugeniusza Ejsmonta to opowieść o tradycji, pracy rąk i szacunku do drewna,
która zaczęła się jeszcze w jego rodzinie.
Mój ojciec pracował w gospodarstwie rybackim, w którym robił też łodzie – wspomina,
wskazując na to, że pierwszym nauczycielem był właśnie jego tata.
Sam do gospodarstwa rybackiego w Czerwonym Folwarku trafił, mając 21 lat. Tam przez
sześć lat uczył się i pracował przy budowie łodzi, najpierw jako pomocnik, a potem jako
doświadczony rzemieślnik.
Kiedy zakład rozwiązano, Ejsmont nie porzucił kunsztu – został stolarzem, a równocześnie
robił łodzie dla znajomych i okolicznych mieszkańców.
Pracowałem na rządowej robocie w Wigrach. Okna, drzwi. Łódki robiłem tu, prywatnie,
dorywczo – wspomina Pan Eugeniusz.
Setki łodzi zbudowanych przez lata
Eugeniusz Ejsmont należy do ostatniego pokolenia rzemieślników, którzy tworzyli łodzie
całkowicie ręcznie, w oparciu o tradycyjne metody. Skala jego dorobku jest imponująca.
Zapytany o liczbę wykonanych łodzi, odpowiada z prostą logiką:
Sześć lat w gospodarstwie. Pięć, sześć łodzi w miesiącu. To policz pan – po czym sam
potwierdza: To jest trzysta sześćdziesiąt łodzi przez sześć lat.
Budował zarówno mniejsze łodzie wiosłowe, jak i duże siedmiometrowe „baty” używane do
połowu stynki. Tworzył łodzie dla Augustowa, Rajgrodu, Giżycka i wielu miejscowych
gospodarstw rybackich.
Drewno, które decyduje o wszystkim
W rozmowie pan Eugeniusz wielokrotnie podkreśla najważniejszy element sztuki budowy
łodzi – drewno.
To starodrzew… teraz już takiego nie ma. Łódka musi być z sosny, najlepiej mającej 120
–150 lat – tłumaczy, pokazując stare deski pełne gęstych słojów.
To właśnie starodrzew decyduje o trwałości i stabilności łodzi. Jego konstrukcje były lekko
wygięte, szerokie i niezwykle odporne na fale.
Ta łódka nigdy się nie przewróci. Najgorsza fala – nie przewróci jej! Plastikową przewróci
– podkreśla, wspominając własne doświadczenia podczas sztormowych akcji na Wigrach.
To, co dla współczesnych producentów jest niemal niemożliwe, dla niego było
codziennością: umiejętność dobrania odpowiedniego pnia, wygięcia desek i złożenia
konstrukcji, która przetrwa dziesięciolecia.
Łodzie, które żyją dalej
Jego łodzie do dziś służą na jeziorach Suwalszczyzny. Jedna z nich stoi nawet w muzeum:
Ona jeszcze teraz w muzeum stoi. Taka fala była, a nic się nie przewróciło! – wspomina
ciężkie warunki, w jakich łodzie były testowane w latach 70-tych.
Choć dziś tworzenie nowych łodzi byłoby trudne – przede wszystkim z powodu braku
materiału – pan Eugeniusz wciąż z sentymentem opowiada o tym rzemiośle.
Ostatni strażnik tradycji
Choć drewniane łodzie ustąpiły miejsca plastikowym, pan Eugeniusz wciąż z dumą
podkreśla ich przewagę. Wspomina liczne wypadki z łodziami plastikowymi, kończąc je
prostym przesłaniem:
Drewniane jest lepsze. Nie ma sprawy – mówi z przekonaniem człowieka, który całe życie
spędził na jeziorach i w warsztacie .
Eugeniusz Ejsmont to jeden z tych twórców, dzięki którym tradycja budowy drewnianych
łodzi na Suwalszczyźnie przetrwała tak długo. Jego opowieść to nie tylko historia pracy,
ale także historia regionu, jezior, rybaków i rzemieślników, którzy znali drewno jak własną
dłoń.
Kontakt:
Eugeniusz Ejsmont
Telefon: 87 563 79 44














